czwartek, 15 maja 2014

Cz. 12

C.D.
- Co chciałeś? Ona umiera... - w tym momencie zamknęłam się i pomyślałam, że tylko on może ją uratować.
- Ty !
- Co ja?
- Ty masz taką samą grupę krwi jak Maddie. Możesz być dawcą, uratuj ją, tylko na to możesz się przydać.
- Ty mnie chyba nie lubisz.
- Nie znam cię.... ale rzeczywiście już cię nienawidzę. A teraz biegnij do lekarza i powiedz mu, że możesz pomóc. Każda sekunda się liczy, więc idź już.
Louis poszedł. Nadal nie mogłam w to uwierzyć.... po co on to zrobił? Mówił, że jak Maddie wyzdrowieje, wszystko nam wyjaśni.
Po kilkunastu minutach lekarze przewieźli gdzieś Maddie, ja pozostałam na miejscu i czekałam na tego łajdaka. Właśnie przyszedł.
- I co?
- Pobrali, ale powiedzieli, że nic nie jest na 100% pewne. - posmutniał.
- A przez kogo to wszystko? Gdyby nie ta twoja akcja ze śmiercią, nic by się nie stało! Po co to było?
Wiesz co by się stało, gdyby ta informacja doszła do fanek?
- Nie fanek, tylko Directioners.
- Nie zawracaj mi nimi głowy.
- Przestań tak o nich mówić, Directioners są dla mnie i reszty zespołu bardzo ważne, bez nich my bylibyśmy niczym.
- Są ważniejsze od Maddie? Rozumiem, weź w ogóle ze mną nie rozmawiaj, jesteś żałosny.
- Ej, dla mnie nikt nie jest ważniejszy od Maddie.
- Nie pieprz bzdur, lepiej zejdź mi z oczu.
- Przestań! Nie znasz mnie, nie wiesz o mnie nic, więc nie masz prawa mnie oceniać. Nie masz pojęcia co czuję do Maddie.
- To powiedz, powiedz po co upozorowałeś swoją śmierć?
- Bo, cholera, chciałem coś sprawdzić.
- Co?
- Chciałem sprawdzić jak Maddie zareaguje, na tę wiadomość, wtedy byłbym pewny, że jej na mnie zależy i że jestem jej potrzebny.
- I tylko po to odwaliłeś ten chory numer? No a reszta twojego zespołu? Liam, Liam dobrze mówię? On powiedział, że nie wie gdzie jesteś i że też będę szukać o tobie informacji.
- To skomplikowane....
- Skomplikowane do wyjaśnienia, ale do zrobienia to było proste, prawda?
- Słuchaj, chłopcy, facet, który powiedział Maddie przez telefon, że ja nie żyję, a nawet koleś z lotniska... oni wszyscy byli wtajemniczeni.
- Czyli udawali?
- Tak.
- Zapłaciłeś im?
- Tylko mnie nie zabij...
- Czemu? I tak to nie będzie robiło różnicy, w końcu teraz "nie żyjesz"
- To miała być niespodzianka dla Maddie.
- Aha, twoja śmierć miała być niespodzianką?
- Nie! Na tym lotnisku chciałem wyjść po jakimś czasie, wręczyć jej kwiaty i wszystko byłoby dobrze, ale jednak to był głupi pomysł, teraz to wiem.
- Nie sądzisz, ze trochę za późno?
- Racja. - Błagam niech ona z tego wyjdzie, boże weź mnie i moją głupotę zamiast niej. - szeptał do siebie.
Chyba trochę za mocno na niego najeżdżam, zastanawiając się nad tym, to co chciał zrobić było bardzo romantyczne, Louis to chyba dobry człowiek, może muszę go przeprosić? Widzę, że naprawdę zależy mu na Maddie.
- Przepraszam.
- Co?
- Przepraszam, mówię.
- Wiem, ale chciałem usłyszeć to jeszcze raz.
- Spadaj.
- Naprawdę aż tak mnie nie znosisz?
- Sama już nie wiem, po prostu się na ciebie wkurzyłam, a tak ogólnie to na cały świat, w końcu moja najlepsza przyjaciółka jest w ciężkim stanie.
- Rozumiem. - powiedział i mnie przytulił.
- Co ty robisz? - spytałam zdziwiona.
- Przyjaciele Maddie są moimi przyjaciółmi.
- O nie, po moim trupie możesz nazwać się moim przyjacielem.
- Zakład, że będziesz się ze mną przyjaźnić.
- Skończ już, nie mam ochoty o ty teraz gadać.
Louis zaśmiał się.
- Co jest dla ciebie takie śmieszne w takiej sytuacji?
- Chodź ze mną.
- Gdzie?
- Do toalety.
- Co ty pieprzysz?
- No nie udawaj, że cię nie kręcę, bo ja widzę twoje płonące oczy.
- Oszalałeś? Gdzie się podział twój mózg? Przed chwilą poszedłeś oddać krew, żeby uratować jej życie, a teraz masz zamiar tak po prostu ją zdradzić w szpitalnym kiblu? Myślałam, że Maddie dobrze trafiła, ale niestety, najpierw Mark, teraz ty, ona ma pecha do facetów.
- Dziękuję... naprawdę to wiele dla mnie znaczy.
- Ty już majaczysz, możesz jaśniej?
- Nie chcę iść z tobą do żadnej toalety. Kocham Maddie najbardziej na świecie. A to była tylko próba. Dziękuję ci, że nie zrobiłaś tego. Teraz wiem, że jesteś naprawdę dobrą i wierną przyjaciółką dla niej.
- Ugh, jesteś chory psychicznie. Nie rozmawiaj ze mną aż do powrotu Maddie do domu.
*Oczami Maddie (moimi)*
To był on, na pewno. Jego głos poznałabym wszędzie i zawsze. Słyszałam Louisa na korytarzu, jak? Nigdy tego nie pojmę, przecież Louis nie żyje, może słyszę go przez tęsknotę. Godzinę temu, znaleźli dawcę i od razu się mną zajęli, już po wszystkim, ciekawe czy Amber jeszcze tu jest. Nagle weszła pielęgniarka.
- Przepraszam panią, czy mogłaby pani sprawdzić, czy na korytarzu na dole, jest jeszcze Amber Jonson, jeśli tak, proszę ją do mnie zawołać.
- Dobrze.
Po chwili Amber weszła do mojej sali.
 - Hej. Jak się czujesz?
- Lepiej. - przytuliłam ją.
- To dobry znak.
- Może lepiej fizycznie, ale gorzej psychicznie.
- Co się stało?
- Tak bardzo brakuje mi Lou, że wydawało mi się jakbym słyszała go na korytarzu.
- Bo Maddie, to był on.
- Co ty mówisz? - rozpłakałam się
- Wejdź - krzyknęła w stronę drzwi.
Do środka wszedł Louis.
- Ale, nie, to nie prawda, powiedz mi Amber, ja śnię prawda? Ja, nie.... - nie wiedziałam co mówić.
- Nie śnisz kochanie, przepraszam cię.
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhtDfO2QEN1YGyTqwXwsf_u9yxy0pfzDor0IcPetA5463eZYDVwOPX4MrfVAgFj5amMAezt9pMHNC23fxkStUP3tb3gjuzpgpqmdM6byYIGFkMco2-dEnx3o7SF1rzmy63ABWMazjfs9vS2/s1600/1355.gif
- podszedł bliżej, usiadł przy mnie, dotykałam jego twarzy, nie mogłam uwierzyć w to, że on tu jest, cały i zdrowy.
- Jak? - spytałam.
 Louis wszystko mi wyjaśnił, a ja pomimo to, że za nim tęskniłam, spoliczkowałam go. Przez taką głupotę, mogłam zejść z tego świata.
- Wiem, należało mi się to. - oznajmił.
- Nie mogę w to uwierzyć.
- Wybaczysz mi?
- Przysięgliśmy sobie, że jak ktoś nas zapyta co jest wieczne, odpowiemy "my". Niech tak zostanie.
- Czyli nadal chcesz ze mną być?
- Oczywiście.
http://i.pinger.pl/pgr174/fc5a84cd001a1ad352a38f91

Odetchnął z ulgą.
- A miałeś wątpliwości?
- Owszem.
- Kocham Cię.
- Zawsze i na zawsze. - pocałował mnie.
.
.
.
.
.
*2 lata później*
Latka lecą, a ja nadal jestem z Louisem. Planujemy ślub. Ach, zapomniałabym... Amber również znalazła swoją miłość. Spodobali jej się obaj single z zespołu, ale pokochała tylko jednego. Niall i Amber są razem od roku. Mam nadzieję, że tak idealnie jak jest teraz, będzie już zawsze.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo słabe zakończenie, ale nie mam już sił, poza tym... to moje ostatnie opowiadanie. Fajnie było, ale się skończyło.
Papapa wszystkim (czyli Klaudii) bo jest tu jedyna :(
Bye.



wtorek, 6 maja 2014

Cz. 11

Nie wiem czy opłaca mi się prowadzić dalej bloga, dla jednej osoby... czyli dla Klaudii.
Potracili się wszyscy i chyba tylko skończę tę historię i nie będę już prowadziła bloga. xx taki tam wstępik.
-----------------------------------------------------------------------------------------
C.D.
Czułam wtedy...
A właściwie to nie wiem co czułam, było to straszne. Myśl, że nie ma już Louisa i że mnie też już prawie nie ma, przerażała mnie. Młodzi ludzie z przyszłością... dzieci, wielki dom, miłość bez granic... tak sobie nas wyobrażałam, a teraz? Nic już nie jest prawdą. Leżąc na tych kafelkach, moją ostatnią myślą, było to, że jedyną rzeczą jakiej teraz pragnę, jest cofnąć czas, żeby Louis nie przyjeżdżał do Londynu, żeby żył.
Kilka sekund później zdałam sobie sprawę, że straciłam przytomność. Umarłam?
*Oczami Amber*
- Maddy? Wyjdź już, proszę. Chodź do domu, wiem, że to ciężkie, współczuję Ci, ale musisz jakoś żyć dalej. - mówiłam, waląc w drzwi toalety. Bez rezultatu. Pomyślałam, że jeśli tak długo nie wychodzi i nie odpowiada musiało stać się coś strasznego.
- Przepraszam bardzo, czy ktoś może mi pomóc? - wykrzyczałam w stronę rejestracji.
- A co się stało? - zapytał ten sam mężczyzna, który rozmawiał z Maddie o samolocie 20 minut temu.
- Moja przyjaciółka nie odpowiada i nie wychodzi z toalety przez długi czas, boję się, że coś się stało, czy może pan otworzyć drzwi? - zapytałam
- Proszę się nie martwić... może ma taką potrzebę, nie lubię nieprzyjemnych sytuacji na lotnisku. - usłyszałam szorstką odpowiedź faceta. I wtedy nerwy mi puściły.
- Znam Maddie od dziecka, wiem, że nigdy się tak nie zachowuje, tam coś się stało, jeśli pan natychmiast nie otworzy tych pieprzonych drzwi, będzie pan miał ją na sumieniu. - wykrzyczałam prosto w jego zarośniętą twarz.
- Dobrze, proszę się nie denerwować. - poszedł po jakiś sprzęt i wyją z drzwi zawiasy, to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Wszędzie była krew, Maddie, taka blada, pod umywalką... okropny widok.
- No niech pan coś zrobi, zadzwoni po karetką, weźmie ją stąd.
Po około godzinie, gdy wszystko się już uspokoiło, a emocje opadły, znalazłam się w szpitalu razem z Medy.
Lekarze zadawali mi pytania, czy wiem, co mogło sprowokować moją przyjaciółkę do takiego posunięcia, ale moją odpowiedzią na każde ich pytanie był Louis.
- Wiem, że chciała się zabić przez niego... dla niego? Nie wiem jak to określić. Wiem, że było jej ciężko, ale samobójstwo, to moim zdaniem za wiele.
Pytałam lekarzy co z jej stanem, czy przeżyje... odpowiedź brzmiała :
---Pani Maddison straciła dużo krwi, spróbujemy ją przetoczyć, chociaż ma tak rzadką grupę krwi, że na prawdę nie wiemy czy będzie jej na tyle dużo, aby uratować jej życie. ----
Chwilę pomyślałam i podeszłam do pani doktor.
- Przepraszam, chciałam o coś zapytać.
- Słucham?
- Bo ja zawsze honorowym dawcą krwi, czy mogłabym być dawcą dla Maddie?
- Jaką ma pani grupę krwi?
- A Rh+.
- Niestety, ale jak już mówiłam, pani Maddison ma rzadką grupę krwi, a mianowicie AB Rh-.
- Wielka szkoda, chciałabym jej pomóc ale nie wiem jak.
- Rozumiem panią.
- Czy Maddie jest już przytomna?
- Owszem, ale jest bardzo, bardzo słaba, ledwo co mówi, jeśli chce pani z nią porozmawiać, to góra 5-7 minutek, nie więcej.
- Dziękuję bardzo.
- Sala nr 7.
Poszłam do jej sali. Usiadłam na krześle, przy jej łóżku, widząc ją w takim stanie, nie potrafiłam wyobrazić sobie, co by było, gdybym weszła do łazienki kilkanaście minut później.
- Jesteś szalona.
- Z....z miło-ści do Lou - wydusiła z siebie.
- Jasne. Nie przemęczaj się, chciałam ci tylko powiedzieć, że pytałam lekarki, czy mogę być dawcą krwi, ale nasze grupy się nie pokrywają, ty masz bardzo rzadką AB Rh-.
- Wiem.... wi-em, Louis...
- Co Louis?
- Louis... mia... miał taką samą grupę jaaa-k ja. - dukała
- Poważnie? Jesteście, to znaczy byliście, dla siebie stworzeni.
- No... dok-ładniee, więc.... jaa-k jego już nie ma.... po co.... ja maaam by-ć?
- Przestań tak mówić, jesteś potrzebna na tym świecie, a bynajmniej mi. Muszę już iść, bo lekarka mnie zabije za ciebie. Pa. - ucałowałam ją w czoło.
- Ko-cham cię Amber. Dzię.... dziękuję, że jee-steś.
- Nie ma sprawy, od czego są przyjaciele. Odpoczywaj, jestem na korytarzu.
Później opuściłam szpitalną salkę i zajęłam miejsce na jednym z krzeseł stojących przy gabinecie. 
*Oczami Maddie (moimi)*
Leżałam na łóżku, nie pamiętając za wiele, jedynie to, że leżałam pod umywalką na lotnisku cała we krwi.
Teraz czuję się bardzo słabo, już prawie widzę białe światełko w tunelu, tak jak widziałam na filmach.
Tęsknię za Louisem, wolałabym umrzeć, niż być tu bez niego. Nagle moje myśli przerwał krzyk Amber. Ewidentnie wrzeszczała na kogoś z korytarza. Chciałam wiedzieć o co chodzi, ale byłam taka słaba, że nie potrafiłam nawet jej zawołać.
*Oczami Amber*
Siedziałam na tym krześle, czekając na informacje od lekarza, modląc się, żeby z tego wyszła, nagle ogarnęła mnie wściekłość wraz z zaskoczeniem.
To rejestracji podszedł zakapturzony chłopak z bukietem róż w ręku. Zapytał o MADDIE ! To było dla mnie chore, bo ona nie ma to nikogo oprócz mnie i Louisa, który nie żyje.
Chłopak zaczął zmierzać w stronę sali nr 7, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.
Zatrzymałam go ręką, pytając:
- Ktoś ty?
- A ty?
- Pierwsza spytałam.
- Powiem Ci tylko nie krzycz, nie chcę ciągnących się fanek za moim tyłkiem, mam na głowie poważniejsze rzeczy.
Gdy to powiedział wszystko stało się dla mnie jasne.
- Louis?
- Tak, skąd wiesz?
- Ty gnoju ! Jak śmiesz tutaj przychodzić? Jak? Przecież ty nie żyjesz! - zaczęłam go szarpać.
- Kim jesteś? Opanuj się dziewczyno. Moja ukochana chciała popełnić samobójstwo. - łzy zaczęły spływać mu po policzku.
- Jestem Amber, przyjaciółka Maddie.
- Mówiła, że nie ma tu przyjaciół.
- Długa historia, ale co to za popieprzona akcja z twoją śmiercią, przez którą Maddie, chciała się zabić?
- Bo ja chciałem....
C.D.N.



piątek, 2 maja 2014

Cz. 10

C.D
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nastał nowy dzień. Dziś przyjazd Louis'a.
Amber jeszcze śpi, ja czekam i czekam, Louis ma być o 7:00.
Moja przyjaciółka już zeszła na dół na śniadania, co jest dziwne, bo Amby zawsze długo spała, a nawet nie ma 7, tak myślałam, bo nie było jeszcze Lou.
- O której miał być ten twój kochaś? - spytała
- Będzie o 7:00
- Ale jest po 8.
- Co? - spojrzałam na zegar wiszący w kuchni.
- Może się spóźni.
- Ale już grubo się spóźnił, to nie w jego stylu.
- Myślisz, że coś się stało?
- Wypluj to.
- Jasne. Przepraszam.
Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy... czas płynął a Lou nie było.
- Która jest? - zapytałam Amby, bojąc się spojrzeć na zegar.
- 9:36 dokładnie.
- Boże...  a może ja do niego zadzwonię?
- Dzwoń.
Tak więc zrobiłam... ale to co usłyszałam w słuchawce, totalnie mnie przeraziło. Nie wiedziałam co o tym myśleć.
- I co ci powiedział? - zapytała po chwili
- Nic...
- Jak to nic?
- No nic, bo nie odebrał...
- Ale było słychać jak ktoś mówi w słuchawce.
- To była sekretarka... - rozpłakałam się.
- Co jest?
- Ona powiedziała, że taki numer nie istnieje.
- Może masz coś źle zapisane?
- Nie... znam jego numer na pamięć, na 100% dobrze go wpisałam.
- Teraz nawet ja zaczęłam się bać... - te słowa mojej przyjaciółki totalnie mnie zdołowały.
- Może zadzwoń do chłopaków? Zobaczy czy czegoś nie wiedzą?
- Dobra.
Wybrałam numer do Liama :
*sygnał*
Czekając aż odbierze, modliłam się, żeby Louis z nimi był i żeby coś się jedynie opóźniło, ale z drugiej strony dał by mi znać.
Liam odebrał :
~ Liam, cześć. 
~ Cześć Maddie. Jest już Louis? - wtedy osłupiałam
~ Właśnie nie. Dzwoniłam do niego, ale usłyszałam tylko od sekretarki, że taki numer nie istnieje, boję się o niego, wy nic nie wiecie? 
~ Numer nie istnieje? Nie strasz mnie. My nie mamy jak tego sprawdzić, ale ty możesz coś zrobić. 
~ Co masz na my myśli? 
~ Louis miał wylądować na lotnisku DONA FLY w Londynie, wiesz gdzie to jest? 
~ Tak, sama tam lądowałam. 
~ Dobrze, więc udaj się tam i wypytaj czy w ogóle wysiadł z samolotu, na pewno każdy tam zna Louisa Tomlinsona. My też będziemy próbować się czegoś dowiedzieć, bądź dobrej myśli, jesteśmy w kontakcie. Pa. 
~ Pa. 
Liam rozłączył się.
- Amber, Liam nic nie wie, na początku rozmowy nawet zapytał czy Lou już jest. Powiedział mi, na którym lotnisku miał wylądować, muszę tam jechać i dowiedzieć się czy go tam widzieli.
- Jechać z tobą?
- Jeśli byłabyś tak miła
W drodze na lotnisko, cholernie się bałam. Bałam się o niego jak jeszcze o nikogo innego.
Wbiegłam do rejestracji, Amby za mną.
- Przepraszam bardzo, widziano tutaj dzisiaj Louisa Tomlinsona?
- Nie, absolutnie... już dawno One Direction nie używa naszych linii lotniczych. - oznajmił facet zza biurka
- Na pewno? Dzisiaj miał tutaj wylądować.
- Numer samolotu? Godzina przyjazdu?
- Numeru nie znam, a godzina 7:00.
- Proszę chwileczkę zaczekać. - powiedziawszy to, wybrał jakiś numer i zadzwonił. Po chwili powiedział.
- Był to samolot nr 14, wylądował bezpiecznie, wszyscy opuścili pokład, ale pana Tomlinsona tam nie było, bardzo mi przykro.
Nagle dostałam telefon.
~ Halo? 
~ Pani Maddison?
~ Zgadza się, ale kto mówi?
~ Jestem komendantem policji, czy to pani jest obecną partnerką Louisa Tomlinsona? 
~ Tak, czy dzwoni pan w jego sprawie? Co z nim? 
~ Tak, chodzi o niego, ale nie mam dobrych wieści. 
~ Co ma pan na myśli.
~ Louis Tomlinson został zamordowany, bardzo mi przykro. 
~ Ale... ku*wa...
Rzuciłam telefonem o ścianę na lotnisku, usiadłam pod drzwiami toalety i zaczęłam płakać chowając twarz w dłoniach.
Dlaczego? Kto? Kiedy? Jakim prawem? Jak mu się to udało? Dlaczego mojego Louisa? Jak ja teraz będę żyć? Czy w ogóle będę? Czy jest jeszcze sens? - wszystkie te pytania bez odpowiedzi mieszały się w mojej głowie, jednak po chwili znalazłam na jedno odpowiedź : Bez niego moje życie nie ma sensu.
Weszłam do ubikacji, pod którą siedziałam. Zamknęłam się. Usiadłam pod umywalką. Wyciągnęłam z torebki nóż, który zawsze przy sobie nosiłam do obrony. Kiedyś był to gaz pieprzowy, ale teraz przeniosłam się na wyciągany nożyk. Podwinęłam do góry rękaw, popatrzyłam na pulsującą żyłę, po czym szybkim ruchem przejechałam nożykiem po skórze.
Po chwili całe życie stanęło mi przed oczami, zaczęłam czuć się coraz słabiej, krew była wszędzie, krzyknęłam tylko ' Louis ' i odpłynęłam.
C.D.N.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
To całkiem inny przebieg wydarzeń niż chciałam napisać, jutro ostatnia część, która to zakończy, myślę, że was zaskoczy.