Nie wiem czy opłaca mi się prowadzić dalej bloga, dla jednej osoby... czyli dla Klaudii.
Potracili się wszyscy i chyba tylko skończę tę historię i nie będę już prowadziła bloga. xx taki tam wstępik.
-----------------------------------------------------------------------------------------
C.D.
Czułam wtedy...
A właściwie to nie wiem co czułam, było to straszne. Myśl, że nie ma już Louisa i że mnie też już prawie nie ma, przerażała mnie. Młodzi ludzie z przyszłością... dzieci, wielki dom, miłość bez granic... tak sobie nas wyobrażałam, a teraz? Nic już nie jest prawdą. Leżąc na tych kafelkach, moją ostatnią myślą, było to, że jedyną rzeczą jakiej teraz pragnę, jest cofnąć czas, żeby Louis nie przyjeżdżał do Londynu, żeby żył.
Kilka sekund później zdałam sobie sprawę, że straciłam przytomność. Umarłam?
*Oczami Amber*
- Maddy? Wyjdź już, proszę. Chodź do domu, wiem, że to ciężkie, współczuję Ci, ale musisz jakoś żyć dalej. - mówiłam, waląc w drzwi toalety. Bez rezultatu. Pomyślałam, że jeśli tak długo nie wychodzi i nie odpowiada musiało stać się coś strasznego.
- Przepraszam bardzo, czy ktoś może mi pomóc? - wykrzyczałam w stronę rejestracji.
- A co się stało? - zapytał ten sam mężczyzna, który rozmawiał z Maddie o samolocie 20 minut temu.
- Moja przyjaciółka nie odpowiada i nie wychodzi z toalety przez długi czas, boję się, że coś się stało, czy może pan otworzyć drzwi? - zapytałam
- Proszę się nie martwić... może ma taką potrzebę, nie lubię nieprzyjemnych sytuacji na lotnisku. - usłyszałam szorstką odpowiedź faceta. I wtedy nerwy mi puściły.
- Znam Maddie od dziecka, wiem, że nigdy się tak nie zachowuje, tam coś się stało, jeśli pan natychmiast nie otworzy tych pieprzonych drzwi, będzie pan miał ją na sumieniu. - wykrzyczałam prosto w jego zarośniętą twarz.
- Dobrze, proszę się nie denerwować. - poszedł po jakiś sprzęt i wyją z drzwi zawiasy, to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Wszędzie była krew, Maddie, taka blada, pod umywalką... okropny widok.
- No niech pan coś zrobi, zadzwoni po karetką, weźmie ją stąd.
Po około godzinie, gdy wszystko się już uspokoiło, a emocje opadły, znalazłam się w szpitalu razem z Medy.
Lekarze zadawali mi pytania, czy wiem, co mogło sprowokować moją przyjaciółkę do takiego posunięcia, ale moją odpowiedzią na każde ich pytanie był Louis.
- Wiem, że chciała się zabić przez niego... dla niego? Nie wiem jak to określić. Wiem, że było jej ciężko, ale samobójstwo, to moim zdaniem za wiele.
Pytałam lekarzy co z jej stanem, czy przeżyje... odpowiedź brzmiała :
---Pani Maddison straciła dużo krwi, spróbujemy ją przetoczyć, chociaż ma tak rzadką grupę krwi, że na prawdę nie wiemy czy będzie jej na tyle dużo, aby uratować jej życie. ----
Chwilę pomyślałam i podeszłam do pani doktor.
- Przepraszam, chciałam o coś zapytać.
- Słucham?
- Bo ja zawsze honorowym dawcą krwi, czy mogłabym być dawcą dla Maddie?
- Jaką ma pani grupę krwi?
- A Rh+.
- Niestety, ale jak już mówiłam, pani Maddison ma rzadką grupę krwi, a mianowicie AB Rh-.
- Wielka szkoda, chciałabym jej pomóc ale nie wiem jak.
- Rozumiem panią.
- Czy Maddie jest już przytomna?
- Owszem, ale jest bardzo, bardzo słaba, ledwo co mówi, jeśli chce pani z nią porozmawiać, to góra 5-7 minutek, nie więcej.
- Dziękuję bardzo.
- Sala nr 7.
Poszłam do jej sali. Usiadłam na krześle, przy jej łóżku, widząc ją w takim stanie, nie potrafiłam wyobrazić sobie, co by było, gdybym weszła do łazienki kilkanaście minut później.
- Jesteś szalona.
- Z....z miło-ści do Lou - wydusiła z siebie.
- Jasne. Nie przemęczaj się, chciałam ci tylko powiedzieć, że pytałam lekarki, czy mogę być dawcą krwi, ale nasze grupy się nie pokrywają, ty masz bardzo rzadką AB Rh-.
- Wiem.... wi-em, Louis...
- Co Louis?
- Louis... mia... miał taką samą grupę jaaa-k ja. - dukała
- Poważnie? Jesteście, to znaczy byliście, dla siebie stworzeni.
- No... dok-ładniee, więc.... jaa-k jego już nie ma.... po co.... ja maaam by-ć?
- Przestań tak mówić, jesteś potrzebna na tym świecie, a bynajmniej mi. Muszę już iść, bo lekarka mnie zabije za ciebie. Pa. - ucałowałam ją w czoło.
- Ko-cham cię Amber. Dzię.... dziękuję, że jee-steś.
- Nie ma sprawy, od czego są przyjaciele. Odpoczywaj, jestem na korytarzu.
Później opuściłam szpitalną salkę i zajęłam miejsce na jednym z krzeseł stojących przy gabinecie.
*Oczami Maddie (moimi)*
Leżałam na łóżku, nie pamiętając za wiele, jedynie to, że leżałam pod umywalką na lotnisku cała we krwi.
Teraz czuję się bardzo słabo, już prawie widzę białe światełko w tunelu, tak jak widziałam na filmach.
Tęsknię za Louisem, wolałabym umrzeć, niż być tu bez niego. Nagle moje myśli przerwał krzyk Amber. Ewidentnie wrzeszczała na kogoś z korytarza. Chciałam wiedzieć o co chodzi, ale byłam taka słaba, że nie potrafiłam nawet jej zawołać.
*Oczami Amber*
Siedziałam na tym krześle, czekając na informacje od lekarza, modląc się, żeby z tego wyszła, nagle ogarnęła mnie wściekłość wraz z zaskoczeniem.
To rejestracji podszedł zakapturzony chłopak z bukietem róż w ręku. Zapytał o MADDIE ! To było dla mnie chore, bo ona nie ma to nikogo oprócz mnie i Louisa, który nie żyje.
Chłopak zaczął zmierzać w stronę sali nr 7, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.
Zatrzymałam go ręką, pytając:
- Ktoś ty?
- A ty?
- Pierwsza spytałam.
- Powiem Ci tylko nie krzycz, nie chcę ciągnących się fanek za moim tyłkiem, mam na głowie poważniejsze rzeczy.
Gdy to powiedział wszystko stało się dla mnie jasne.
- Louis?
- Tak, skąd wiesz?
- Ty gnoju ! Jak śmiesz tutaj przychodzić? Jak? Przecież ty nie żyjesz! - zaczęłam go szarpać.
- Kim jesteś? Opanuj się dziewczyno. Moja ukochana chciała popełnić samobójstwo. - łzy zaczęły spływać mu po policzku.
- Jestem Amber, przyjaciółka Maddie.
- Mówiła, że nie ma tu przyjaciół.
- Długa historia, ale co to za popieprzona akcja z twoją śmiercią, przez którą Maddie, chciała się zabić?
- Bo ja chciałem....
C.D.N.
Potracili się wszyscy i chyba tylko skończę tę historię i nie będę już prowadziła bloga. xx taki tam wstępik.
-----------------------------------------------------------------------------------------
C.D.
Czułam wtedy...
A właściwie to nie wiem co czułam, było to straszne. Myśl, że nie ma już Louisa i że mnie też już prawie nie ma, przerażała mnie. Młodzi ludzie z przyszłością... dzieci, wielki dom, miłość bez granic... tak sobie nas wyobrażałam, a teraz? Nic już nie jest prawdą. Leżąc na tych kafelkach, moją ostatnią myślą, było to, że jedyną rzeczą jakiej teraz pragnę, jest cofnąć czas, żeby Louis nie przyjeżdżał do Londynu, żeby żył.
Kilka sekund później zdałam sobie sprawę, że straciłam przytomność. Umarłam?
*Oczami Amber*
- Maddy? Wyjdź już, proszę. Chodź do domu, wiem, że to ciężkie, współczuję Ci, ale musisz jakoś żyć dalej. - mówiłam, waląc w drzwi toalety. Bez rezultatu. Pomyślałam, że jeśli tak długo nie wychodzi i nie odpowiada musiało stać się coś strasznego.
- Przepraszam bardzo, czy ktoś może mi pomóc? - wykrzyczałam w stronę rejestracji.
- A co się stało? - zapytał ten sam mężczyzna, który rozmawiał z Maddie o samolocie 20 minut temu.
- Moja przyjaciółka nie odpowiada i nie wychodzi z toalety przez długi czas, boję się, że coś się stało, czy może pan otworzyć drzwi? - zapytałam
- Proszę się nie martwić... może ma taką potrzebę, nie lubię nieprzyjemnych sytuacji na lotnisku. - usłyszałam szorstką odpowiedź faceta. I wtedy nerwy mi puściły.
- Znam Maddie od dziecka, wiem, że nigdy się tak nie zachowuje, tam coś się stało, jeśli pan natychmiast nie otworzy tych pieprzonych drzwi, będzie pan miał ją na sumieniu. - wykrzyczałam prosto w jego zarośniętą twarz.
- Dobrze, proszę się nie denerwować. - poszedł po jakiś sprzęt i wyją z drzwi zawiasy, to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Wszędzie była krew, Maddie, taka blada, pod umywalką... okropny widok.
- No niech pan coś zrobi, zadzwoni po karetką, weźmie ją stąd.
Po około godzinie, gdy wszystko się już uspokoiło, a emocje opadły, znalazłam się w szpitalu razem z Medy.
Lekarze zadawali mi pytania, czy wiem, co mogło sprowokować moją przyjaciółkę do takiego posunięcia, ale moją odpowiedzią na każde ich pytanie był Louis.
- Wiem, że chciała się zabić przez niego... dla niego? Nie wiem jak to określić. Wiem, że było jej ciężko, ale samobójstwo, to moim zdaniem za wiele.
Pytałam lekarzy co z jej stanem, czy przeżyje... odpowiedź brzmiała :
---Pani Maddison straciła dużo krwi, spróbujemy ją przetoczyć, chociaż ma tak rzadką grupę krwi, że na prawdę nie wiemy czy będzie jej na tyle dużo, aby uratować jej życie. ----
Chwilę pomyślałam i podeszłam do pani doktor.
- Przepraszam, chciałam o coś zapytać.
- Słucham?
- Bo ja zawsze honorowym dawcą krwi, czy mogłabym być dawcą dla Maddie?
- Jaką ma pani grupę krwi?
- A Rh+.
- Niestety, ale jak już mówiłam, pani Maddison ma rzadką grupę krwi, a mianowicie AB Rh-.
- Wielka szkoda, chciałabym jej pomóc ale nie wiem jak.
- Rozumiem panią.
- Czy Maddie jest już przytomna?
- Owszem, ale jest bardzo, bardzo słaba, ledwo co mówi, jeśli chce pani z nią porozmawiać, to góra 5-7 minutek, nie więcej.
- Dziękuję bardzo.
- Sala nr 7.
Poszłam do jej sali. Usiadłam na krześle, przy jej łóżku, widząc ją w takim stanie, nie potrafiłam wyobrazić sobie, co by było, gdybym weszła do łazienki kilkanaście minut później.
- Jesteś szalona.
- Z....z miło-ści do Lou - wydusiła z siebie.
- Jasne. Nie przemęczaj się, chciałam ci tylko powiedzieć, że pytałam lekarki, czy mogę być dawcą krwi, ale nasze grupy się nie pokrywają, ty masz bardzo rzadką AB Rh-.
- Wiem.... wi-em, Louis...
- Co Louis?
- Louis... mia... miał taką samą grupę jaaa-k ja. - dukała
- Poważnie? Jesteście, to znaczy byliście, dla siebie stworzeni.
- No... dok-ładniee, więc.... jaa-k jego już nie ma.... po co.... ja maaam by-ć?
- Przestań tak mówić, jesteś potrzebna na tym świecie, a bynajmniej mi. Muszę już iść, bo lekarka mnie zabije za ciebie. Pa. - ucałowałam ją w czoło.
- Ko-cham cię Amber. Dzię.... dziękuję, że jee-steś.
- Nie ma sprawy, od czego są przyjaciele. Odpoczywaj, jestem na korytarzu.
Później opuściłam szpitalną salkę i zajęłam miejsce na jednym z krzeseł stojących przy gabinecie.
*Oczami Maddie (moimi)*
Leżałam na łóżku, nie pamiętając za wiele, jedynie to, że leżałam pod umywalką na lotnisku cała we krwi.
Teraz czuję się bardzo słabo, już prawie widzę białe światełko w tunelu, tak jak widziałam na filmach.
Tęsknię za Louisem, wolałabym umrzeć, niż być tu bez niego. Nagle moje myśli przerwał krzyk Amber. Ewidentnie wrzeszczała na kogoś z korytarza. Chciałam wiedzieć o co chodzi, ale byłam taka słaba, że nie potrafiłam nawet jej zawołać.
*Oczami Amber*
Siedziałam na tym krześle, czekając na informacje od lekarza, modląc się, żeby z tego wyszła, nagle ogarnęła mnie wściekłość wraz z zaskoczeniem.
To rejestracji podszedł zakapturzony chłopak z bukietem róż w ręku. Zapytał o MADDIE ! To było dla mnie chore, bo ona nie ma to nikogo oprócz mnie i Louisa, który nie żyje.
Chłopak zaczął zmierzać w stronę sali nr 7, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.
Zatrzymałam go ręką, pytając:
- Ktoś ty?
- A ty?
- Pierwsza spytałam.
- Powiem Ci tylko nie krzycz, nie chcę ciągnących się fanek za moim tyłkiem, mam na głowie poważniejsze rzeczy.
Gdy to powiedział wszystko stało się dla mnie jasne.
- Louis?
- Tak, skąd wiesz?
- Ty gnoju ! Jak śmiesz tutaj przychodzić? Jak? Przecież ty nie żyjesz! - zaczęłam go szarpać.
- Kim jesteś? Opanuj się dziewczyno. Moja ukochana chciała popełnić samobójstwo. - łzy zaczęły spływać mu po policzku.
- Jestem Amber, przyjaciółka Maddie.
- Mówiła, że nie ma tu przyjaciół.
- Długa historia, ale co to za popieprzona akcja z twoją śmiercią, przez którą Maddie, chciała się zabić?
- Bo ja chciałem....
C.D.N.
musisz pisać jak najdłużej for me :)
OdpowiedzUsuńpisze dla cb te komy bo wiem ile to radości sprawia :*
To po prostu motywuje, a jak ja widzę tylko twoje, chyba się nie opłaca sis. :(
Usuń