- Josh... ja nie wiem - powiedziałam i rozpłakałam się. Josh mocno mnie przytulił.
- Ja już sama nie wiem, ja nie dam rady z dzieckiem.
- Sama nie dasz, ale razem damy, rozumiesz? Rodzice to liczba mnoga, zawsze jest ich dwoje, musimy razem je wychować, to przecież wspaniałe, damy radę, słyszysz?
- Masz rację...
- Czyli co? Mogę wyrwać i potargać tą kartkę?
- Tak.
Co miałam mu powiedzieć? Musiałam przytaknąć ale i tak tam pójdę... jak ja coś postanowię, to tak jest. I będzie. Nie urodzę tego dziecka.
* Oczami Josh'a*
Tak czy tak, nie wierzę jej. Znam ją i wiem, że tak łatwo nie odpuszcza, a jeśli odpuściła tak szybko to znaczy, że nie mówiła poważnie. Będę musiał ją śledzić tego dnia. Wiem, że to nie fair i to przejaw braku zaufania, ale nie chcę, żeby mojemu dziecku stała się krzywda.
Rozpiera mnie duma, że zostanę ojcem, jestem taki szczęśliwy, że muszę się tym z kimś podzielić... zadzwonię do chłopaków, trochę się poprztykaliśmy, ale chcę, żeby wiedzieli.
Wybrałem numer do Liam'a, ten akurat pierwszy zobaczyłem :
~ Halo, cześć Liam.
~ Josh ! Wracasz do zespołu?
~ Nie, nie o to chodzi.
~ A co? Rzuciła Cię?
~ Nie... przestań i daj mi powiedzieć.
~ Dobrze, przepraszam.
~ Muszę wam się czymś pochwalić, możesz zawołać chłopców i dać na głośnomówiący?
~ A nie możesz tutaj przyjechać?
~ Proszę, zrób to o co poprosiłem.
~ W porządku. Czekaj.
Czekałem aż wszyscy chłopcy podejdą do telefonu Liama
W tle słyszałem tylko 'co już błaga o wybaczenie?'. Było mi trochę smutno, no ale wiem, że sam byłem dla nich za ostry ostatnio.
~ No już, możesz mówić
~ Wszyscy są?
~ Tak.
~ No więc, chciałem wam powiedzieć, że będę ojcem.
~ Cooo? Przecież to może być dziecko każdego z nas. - krzyczał Harry
~ Ah, dajcie już spokój! - powiedziałem i się rozłączyłem
Mam tego dosyć. Oni nie potrafią zrozumieć, że ja i Jess bardzo się kochamy. Cały czas upierają się przy swojej chorej wersji, nie wiadomo czemu.
*Dzień zabiegu*
* Moimi oczami*
Właśnie wybieram się na aborcję, boję się, ale jednocześnie wiem, że będe wolna.
Wiem też, że mogę stracić Josh'a, ale nie chce dziecka, to wiem na 100%.
Wyszłam z domu.
*Oczami Josh'a*
Czekałem pod domem Jess, modliłem się tylko, żeby z niego nie wyszła. Ale niestety. Szedłem za nią, mając jeszcze nadzieję, że idzie do sklepu lub coś w tym stylu. Z paru metrów widziałem już wielki napis na temat klinki aborcyjnej. Przyśpieszyłem kroku, nawet zacząłem biec. Chciałem ją dogonić przed wejściem do kliniki. Udało się.
- Kochanie, nie! - krzyknąłem. Momentalnie się odwróciła.
- Co Ty, śledzisz mnie?
- Wiedziałem, że i tak zrobisz swoje.
- I zrobię, daj mi spokój.
- Jess, błagam, nie rób tego, nie rób !
- Daj mi spokój, powiedziałam już.
- Jeśli usuniesz to dziecko, z nami koniec.
- Przestań. Odejdź.
Puściłem ją i jak najszybciej wysłałem SMS-a Harry'emu. Napisałem wszystko, że Jess chce usunąć nasze dziecko, że jesteśmy w klinice i że muszą mi pomóc. - potem szybko wybiegłem do budynku za nią.
- Jess, stój. - krzyczałem przez cały korytarz.
Weszła do jakiejś sali. Nie wiedziałem o co chodzi i czy mogę tam wejść, ale nie obchodziło mnie to. Wbiegłem tam.
- Proszę stąd wyjść, mam pacjentkę. - powiedział lekarz.
- Ale to moja dziewczyna, ona chce usunąć nasze dziecko.
- W takim razie proszę zostać, omówimy to.
- Josh, wyjdź, proszę. Porozmawiamy w domu.
- Wtedy już będzie za późno. Nie pozwolę Ci skrzywdzić naszego synka lub córeczki.
- Czyli Pani chce usunąć dziecko, a Pani partner nie chce, tak?
- Tak. Ale on tu nie ma nic do gadania.
- Muszę Panią zmartwić, ale to ma duże znaczenie. Mam prawo przeprowadzić aborcję, jeśli każde z rodziców wyrazi zgodę. Jeśli Pan Josh się nie zgadza, nie mogę Pani pomóc.
- Ale jak to? Ja zapłacę.
- A ja zapłacę więcej, jeśli Pan tego nie zrobi.
- Proszę się nad tym poważnie zastanowić. Aborcja to nie jest sprawa pierwszego rzędu, to poważna decyzja. Przedyskutujcie to w domu.
Jess rozmawiała z lekarzem, a ja usłyszałem głos Louis'a dochodzący z korytarza. Mówił coś w stylu 'to chyba gdzieś tutaj'. Wyszedłem z sali i zobaczyłem cały zespół.
- Chłopaki... nie wiem co robić... - zacząłem...
- Ja tam pójdę ! - krzyknął Harry i wszedł do sali.
- Cloe... rób tego !
- Kim Pan jest? - spytał go lekarz.
- Ja? Ja jestem jednym z prawdopodobnych ojców dziecka.
- Oj... chyba ma Pani problem, Panno Cloe...
- Cloe? Jess, czemu oni mówią do Ciebie Cloe? - zapytałem słysząc ich rozmowę i wchodząc do sali.
- Bo... tak mam na imię.
- Co? Co Ty mówisz?
- Przepraszam Josh. Nie wiem.... nie wiem kto jest ojcem dziecka. Chłopcy nie kłamali.
To ja kłamałam...
- Nie... nie... to jakiś żart, tak? Ukryta kamera? Harry, powiedz, że to sen !
- Nie Josh... to nie sen, mówiliśmy Ci...
- Nie... - wybiegłem z sali.
* Moimi oczami *
Josh wybiegł z sali... wcale mu się nie dziwię... narobiłam niezłego zamieszania.
Przeprosiłam lekarza za ten incydent i wszyscy wyszliśmy z kliniki.
- Przepraszam was chłopcy... - powiedziałam do One Direction i odeszłam, pozwolili mi...
C.D.N.
Co tam, jak tam? Jesteście tu jeszcze?
- Ja już sama nie wiem, ja nie dam rady z dzieckiem.
- Sama nie dasz, ale razem damy, rozumiesz? Rodzice to liczba mnoga, zawsze jest ich dwoje, musimy razem je wychować, to przecież wspaniałe, damy radę, słyszysz?
- Masz rację...
- Czyli co? Mogę wyrwać i potargać tą kartkę?
- Tak.
Co miałam mu powiedzieć? Musiałam przytaknąć ale i tak tam pójdę... jak ja coś postanowię, to tak jest. I będzie. Nie urodzę tego dziecka.
* Oczami Josh'a*
Tak czy tak, nie wierzę jej. Znam ją i wiem, że tak łatwo nie odpuszcza, a jeśli odpuściła tak szybko to znaczy, że nie mówiła poważnie. Będę musiał ją śledzić tego dnia. Wiem, że to nie fair i to przejaw braku zaufania, ale nie chcę, żeby mojemu dziecku stała się krzywda.
Rozpiera mnie duma, że zostanę ojcem, jestem taki szczęśliwy, że muszę się tym z kimś podzielić... zadzwonię do chłopaków, trochę się poprztykaliśmy, ale chcę, żeby wiedzieli.
Wybrałem numer do Liam'a, ten akurat pierwszy zobaczyłem :
~ Halo, cześć Liam.
~ Josh ! Wracasz do zespołu?
~ Nie, nie o to chodzi.
~ A co? Rzuciła Cię?
~ Nie... przestań i daj mi powiedzieć.
~ Dobrze, przepraszam.
~ Muszę wam się czymś pochwalić, możesz zawołać chłopców i dać na głośnomówiący?
~ A nie możesz tutaj przyjechać?
~ Proszę, zrób to o co poprosiłem.
~ W porządku. Czekaj.
Czekałem aż wszyscy chłopcy podejdą do telefonu Liama
W tle słyszałem tylko 'co już błaga o wybaczenie?'. Było mi trochę smutno, no ale wiem, że sam byłem dla nich za ostry ostatnio.
~ No już, możesz mówić
~ Wszyscy są?
~ Tak.
~ No więc, chciałem wam powiedzieć, że będę ojcem.
~ Cooo? Przecież to może być dziecko każdego z nas. - krzyczał Harry
~ Ah, dajcie już spokój! - powiedziałem i się rozłączyłem
Mam tego dosyć. Oni nie potrafią zrozumieć, że ja i Jess bardzo się kochamy. Cały czas upierają się przy swojej chorej wersji, nie wiadomo czemu.
*Dzień zabiegu*
* Moimi oczami*
Właśnie wybieram się na aborcję, boję się, ale jednocześnie wiem, że będe wolna.
Wiem też, że mogę stracić Josh'a, ale nie chce dziecka, to wiem na 100%.
Wyszłam z domu.
*Oczami Josh'a*
Czekałem pod domem Jess, modliłem się tylko, żeby z niego nie wyszła. Ale niestety. Szedłem za nią, mając jeszcze nadzieję, że idzie do sklepu lub coś w tym stylu. Z paru metrów widziałem już wielki napis na temat klinki aborcyjnej. Przyśpieszyłem kroku, nawet zacząłem biec. Chciałem ją dogonić przed wejściem do kliniki. Udało się.
- Kochanie, nie! - krzyknąłem. Momentalnie się odwróciła.
- Co Ty, śledzisz mnie?
- Wiedziałem, że i tak zrobisz swoje.
- I zrobię, daj mi spokój.
- Jess, błagam, nie rób tego, nie rób !
- Daj mi spokój, powiedziałam już.
- Jeśli usuniesz to dziecko, z nami koniec.
- Przestań. Odejdź.
Puściłem ją i jak najszybciej wysłałem SMS-a Harry'emu. Napisałem wszystko, że Jess chce usunąć nasze dziecko, że jesteśmy w klinice i że muszą mi pomóc. - potem szybko wybiegłem do budynku za nią.
- Jess, stój. - krzyczałem przez cały korytarz.
Weszła do jakiejś sali. Nie wiedziałem o co chodzi i czy mogę tam wejść, ale nie obchodziło mnie to. Wbiegłem tam.
- Proszę stąd wyjść, mam pacjentkę. - powiedział lekarz.
- Ale to moja dziewczyna, ona chce usunąć nasze dziecko.
- W takim razie proszę zostać, omówimy to.
- Josh, wyjdź, proszę. Porozmawiamy w domu.
- Wtedy już będzie za późno. Nie pozwolę Ci skrzywdzić naszego synka lub córeczki.
- Czyli Pani chce usunąć dziecko, a Pani partner nie chce, tak?
- Tak. Ale on tu nie ma nic do gadania.
- Muszę Panią zmartwić, ale to ma duże znaczenie. Mam prawo przeprowadzić aborcję, jeśli każde z rodziców wyrazi zgodę. Jeśli Pan Josh się nie zgadza, nie mogę Pani pomóc.
- Ale jak to? Ja zapłacę.
- A ja zapłacę więcej, jeśli Pan tego nie zrobi.
- Proszę się nad tym poważnie zastanowić. Aborcja to nie jest sprawa pierwszego rzędu, to poważna decyzja. Przedyskutujcie to w domu.
Jess rozmawiała z lekarzem, a ja usłyszałem głos Louis'a dochodzący z korytarza. Mówił coś w stylu 'to chyba gdzieś tutaj'. Wyszedłem z sali i zobaczyłem cały zespół.
- Chłopaki... nie wiem co robić... - zacząłem...
- Ja tam pójdę ! - krzyknął Harry i wszedł do sali.
- Cloe... rób tego !
- Kim Pan jest? - spytał go lekarz.
- Ja? Ja jestem jednym z prawdopodobnych ojców dziecka.
- Oj... chyba ma Pani problem, Panno Cloe...
- Cloe? Jess, czemu oni mówią do Ciebie Cloe? - zapytałem słysząc ich rozmowę i wchodząc do sali.
- Bo... tak mam na imię.
- Co? Co Ty mówisz?
- Przepraszam Josh. Nie wiem.... nie wiem kto jest ojcem dziecka. Chłopcy nie kłamali.
To ja kłamałam...
- Nie... nie... to jakiś żart, tak? Ukryta kamera? Harry, powiedz, że to sen !
- Nie Josh... to nie sen, mówiliśmy Ci...
- Nie... - wybiegłem z sali.
* Moimi oczami *
Josh wybiegł z sali... wcale mu się nie dziwię... narobiłam niezłego zamieszania.
Przeprosiłam lekarza za ten incydent i wszyscy wyszliśmy z kliniki.
- Przepraszam was chłopcy... - powiedziałam do One Direction i odeszłam, pozwolili mi...
C.D.N.
Co tam, jak tam? Jesteście tu jeszcze?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz